Czy to był dobry rok dla Zielonej Góry?

Jaki to był rok dla naszego miasta? Ciekawy jestem waszego zdania. Zapraszam do udziału w ankiecie. Komentarze mile widziane.

Reklamy

Niewygodne pytania

Redakcyjna koleżanka Marta, którą pozdrawiam :-), z uwagą przeczytała mojego bloga i słusznie zwróciła mi uwagę, że zgodnie z jego myślą przewodnią, powinienem stawiać niewygodne pytania. W pierwszej chwili pomyślałem – nie ma wyjścia, zmienię motto i po problemie. W poprzednim wpisie pochwaliłem się jednak, jaki to ze mnie nieustępliwy wojownik. Trudno! Postawię dzisiaj kilka niewygodnych pytań. Jak to się dzieje, że z roku na rok Polacy są wobec siebie coraz mniej życzliwi? Przykłady? Jest ich aż nadto. Złość, gorycz, agresja, zawiść i kłamstwo są wszechobecne w internecie, telewizji i na ulicy. Co oczywiste łatwiej jest pozwolić sobie na hejt w sieci. Dwa wrogie plemiona, które dla kasy, władzy, wpływów i fałszywych przywódców politycznych gotowi są pokroić się nożami, zalać wrzątkiem i posypać solą na dokładkę. Dwie Polski od rana do wieczora w kolejnych doniesieniach medialnych i prostych receptach serwowanych przez politycznych szarlatanów szukają potwierdzenia swoich racji. Tak, jak gdyby potyczka wygrana przez ich ugrupowanie była ich własnym zwycięstwem. Ewentualna przegrana boli gorzej niż fatalny występ którejś z polskich drużyn piłkarskich w pucharach lub przestrzelony karny samego Lewandowskiego (nie pamiętam, kiedy spudłował 🙂

Jak to się dzieje, że przestaliśmy ze sobą rozmawiać? Nie o głupotach i nie kłócąc się czyje jest na wierzchu. Tylko o życiu, pięknie się różniąc. Nie, wyrzekając się własnych wartości, ale z poszanowaniem czyjegoś zdania.

Jak to się stało, że przestało nam się opłacać marzyć? Nie, o niebieskich migdałach, różowym słoniu i rakiecie. I nawet nie o egzotycznej wycieczce i szóstce w Lotto. Ale o rozwoju, ciekawym wyzwaniu, intelektualnej przygodzie, czy inspirującej rozmowie?

 To są Marta, moje pytania, czy niewygodne, niech każdy sam oceni. Mnie te proste pytania niepokoją. A właściwie, nie tyle ich się boję, co odpowiedzi na nie.

poland

Nigdy nie poddam się

Nie mogę w to uwierzyć, ale to już mój czwarty w tym tygodniu wpis na blogu. Jak tak dalej pójdzie, to rzeczywiście okaże się konsekwentnym blogerem 🙂 Od godziny zerkam dyskretnie na ścienny kalendarz i zastanawiam się, jaki był dla mnie ten rok. Odczuwam lekki niedosyt, pewnie, jak większość z was. Bo zawsze można zrobić coś lepiej, szybciej, inaczej. Nie raz i nie dwa powiedziałem jedno słowo za dużo, w pewnych sytuacjach brakowało wytrwałości. Tylko, czy taki rachunek sumienia, tradycyjny bilans ma sens? Zwykle w grudniu i styczniu obiecujemy sobie wiele, a z efektami naszych działań jest różnie. Na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że zwykle nie jest ani tak źle, ani tak dobrze jak sobie wyobrażam. Choć im jestem starszy, po stronie spraw załatwionych stawiam więcej ptaszków. Na początku roku Regionalna wysłała mnie do Nowej Soli. Czułem się jak na zesłaniu, podobnie jak doktor dr Joel Fleischman, główny bohater „Przystanku Alaska”, amerykańskiego serialu z lat 90. Co drugi dzień pytałem sam siebie” Co ja tutaj robię? Podejrzewam, że moi redakcyjni koledzy również zastanawiali się, po co tutaj przyjeżdżam? Oczywiście zagryzłem zęby i się starałem, bo taki już mam charakter – nie odpuszczam, jak jest trudno. No i miałem moją ukochaną Zieloną Górę, o której wciąż pisałem, choć już troszkę mniej niż w latach poprzednich. Wszystko wskazuje na to, że w 2017 r. artykułów z miasta Bachusa będzie jeszcze mniej, choć od czasu do czasu, na pewno o sobie przypomnę. Nie jest już jednak dla mnie życiowy dramat. Nowa Sól, to spokojne, zadbane miasto, które da się lubić. I tak jak doktor Fleischman powoli przyzwyczajam się do ludzi i miejsc. O Zielonej Górze, jednak, nie zapominam i liczę na to, że będziemy regularnie spotykać się na blogu. A za jakiś czas, może i w innych okolicznościach. Bez względu na wszystko, warto pamiętać o jednym i niech to będzie moje, proste przesłanie – gdziekolwiek nas nie rzuci los, zawsze jakoś jest, lepiej, gorzej, inaczej. – Don’t ever give up, Just look up, There’s an angel on the way. Niech ten refren z piosenki Beggar’s song duetu Ania Lipnicka- John Porter towarzyszy Wam w 2017 r.

Dzięki za blisko dekadę spotkań na łamach zielonogórskiej prasy. Do zobaczenia!

Zielony Okrągły stół

Przeczytałem dzisiaj, w jednej z ogólnopolskich gazet, że Lasy Państwowe z roku na rok są zobowiązane pozyskiwać coraz więcej drewna. Przyczyna jest prozaiczna –pieniądze. Rzeczniczka LP tłumaczy, że nie ma powodów do obaw, bo lesistość rośnie, a przynajmniej nie spada. Ekolodzy biją na alarm. Wstrzymuje się z oceną, nie miałem czasu zgłębić tematu.  Co prawda, znam, niejeden „las”, po którym można biegać i w piłkę grać, ale pewnie akurat miałem takie szczęście. Pisze o tym dlatego, bo przy okazji przypomniały mi się te nasze, zielonogórskie batalie o każdy skrawek zieleni. Nie będę już przypominał szczegółów konfliktów, ani ich bohaterów. Dyżurny zestaw argumentów obu stron też znam. Prezydent Janusz Kubicki słusznie mówi, że Zielona Góra leży na polanie i bez wycinki drzew, nie da się zbudować drogi. Jego przeciwnicy ostrzegają przed Łysą Górą. Każda dyskusja na radzie miasta poświęcona planom zagospodarowania przestrzennego zamienia się w kłótnię. A pomyśleć tylko, że ten punkt programu, poza garstką mieszkańców, nikogo nie interesował. Nawet dziennikarzy, w szczególności ich, bo przecież żadnego „mięcha” tam nie było.

A może by tak zorganizować w mieście okrągły stół poświęcony zieleni. Zaprosić władze miasta, radnych prezydenckich i opozycyjnych, planistów, architektów zieleni, ekologów, leśników, przedstawicieli ruchów miejskich. To całe Szacowne gremium mogłoby się zastanowić, jak powinna wyglądać Zielona Góra za lat 10, 20 i 30? Ile zieleni może zostać w „starej” części miasta, a ile na terenach przyłączonych do niego? Nic chyba, nie stoi na przeszkodzie, aby już teraz zaplanować osiedla na wielkich polanach i miejsca wycinki, bo takie też niestety będą. Czy to realne, czy może jestem marzycielem? Napiszcie, czekam na opinie, także bardzo krytyczne.

poster-blog

Parkingi na wagę złota

Jak każdego chyba chłopaka, samochody interesowały mnie od zawsze. Od małego obserwowałem taksówki na postoju przy ul. Podgórnej i liczyłem pojazdy na drodze. Nie były to zbyt skomplikowane operacje matematyczne. Przy tak małym ruchu, nawet dziecko, nie miało problemów z rachunkami. Po takich doświadczeniach trudno uwierzyć, że prawko zrobiłem dopiero po 30. Przez te lata miasto zdążyło się zakorkować, a urzędnicy obiecać z dwieście razy, że w kolejnych latach, to już na pewno powstaną parkingi wielopoziomowe.  Dyżurnym argumentem tłumaczącym nieporadność jest brak inwestora, który chciałby taki parking mieszkańcom sprawić. No bo przecież Zielona Góra nie jest Wrocławiem, samemu budować się nie opłaca, a w kooperacji z jakąś firmą, to strach, bo jeszcze wymiar sprawiedliwości coś znajdzie. W konsekwencji osiedla się zapchały, przed Palmiarnią miejsce postojowe znaleźć może tylko magik, w okolicy starówki, nawet spokojny człowiek, może dostać białej gorączki. Przed świątynią konsumpcji, czyli Focusem, w godzinach szczytu lepiej zażyć lek na uspokojenie. A jakby tego było jeszcze mało, markety stawiają szlabany, aby uratować część miejsc postojowych dla swoich klientów. Parkingów jak źrenicy oka pilnują też wspólnoty mieszkaniowe. Sytuację próbują ratować radni przekazując kieszonkowe na inwestycje w infrastrukturę, a spółdzielnie likwidują resztki zieleni.

Jak sobie z tym poradzić? Czy za kilka lat przesiądziemy się na rowery i odstawimy auta do garażu? Drodzy Czytelnicy zapraszam do dyskusji.

parking-na-wage-zlota

 

Wszyscy na jednego

Dawno mnie nie było, na moim własnym blogu. Właściwie, to w 2016 r. praktycznie się na nim nie pojawiałem. Wstyd! Chciałbym solennie obiecać, że to się już nie powtórzy i co dwa, trzy dni, drodzy Czytelnicy (jeśli jeszcze tacy są) dostaniecie nowy wpis. Wolałbym jednak, niczego nie deklarować, choć mam przeczucie, że może być wreszcie inaczej 🙂

Przez chwilę zastanawiałem się nad zmianą nazwy bloga, wszak jestem teraz dziennikarzem zielonogórsko-nowosolskim, a właściwie należałoby odwrócić tę kolejność. Umówmy się, jednak, że koszula jest bliższa ciału i Zielona Góra wciąż w moim sercu zajmuje pierwsze miejsce. Ale Nową Sól, szczerze powiedziawszy bardzo polubiłem i wkrótce podzielę się refleksjami.

Cisza przed burzą

Za oknem chłód, coraz bliżej święta, o czym przypomina nam nieśmiertelna reklama. W polityce gorąco, ostatni rok, tak mocno podwyższył temperaturę, że nawet tropiki, przy niej przypominają lodowce. W samorządzie cisza przed burzą. Wybory, wbrew obawom odbędą się terminowo, czyli mamy połowę kadencji. Partie już robią pierwsze przymiarki do list, kuszą zarówno lokalne autorytety i społeczników, aktywnie uczestniczących w życiu miasta, jak i osoby znane głównie, z tego, że są znane. Trudno powiedzieć, co wychodzi z tej układanki, bo te partyjne hocki-klocki, oczywiście utrzymane są w najgłębszej tajemnicy. Co jakiś czas do mediów idą tzw. przecieki kontrolowane. Waldemar Sługocki, od wielu miesięcy pełniący obowiązki szefa lubuskiej PO (partia ma problem z wyborem przewodniczącego) poinformował, że partia niezbyt dobrze wyszła na nieformalnej koalicji z prezydentem Kubickim. Co słusznie odczytano jako sygnał do rozluźnienia tych związków. Według niego kandydatem na prezydenta Zielonej Góry mógłby być Marcin Pabierowski, wiceprzewodniczący rady miasta. Jeden z najbardziej kompetentnych i pracowitych radnych, najlepszy człowiek Platformy w tej kadencji. Z jednej strony, to naturalny wybór, z drugiej Pabierowski jeszcze nie pokazał, że zależy mu na tej prezydenturze. Unika konfrontacji z Kubickim, krytykuje go w kuluarach, ale już nie na np. sesji rady miasta. Trudno powiedzieć, na co czeka?  Na decyzje władz? Lubuska PO przecież, smacznie śpi, podobnie jak praktycznie cały klub tej partii. Największym sukcesem jest utrzymanie władzy w lubuskim sejmiku. Owszem W. Sługocki się stara, zainicjował Kluby Obywatelskie, na których mówi się jak walczyć o zagrożoną, zdaniem tej partii demokrację. Niewiele z tego wynika. Pazur pokazuje tylko Mariusz Marchewka. Były radny, powiedział mi w Tygodniku Regionalna m.in. „ W Zielonej Górze mamy marazm gospodarczy i zatrute powietrze – Połączenie miasta z gminą okazało się porażką, a wszystko dlatego, że prezydent Janusz Kubicki, jak niedźwiadek, zapadł w zimowy sen”. Cała rozmowa była utrzymana w podobnym tonie. Marchewka, co prawda się zarzeka, że walczy o środowisko, a nie stanowisko (zrymowało mi się niezbyt zręcznie). Trudno, żeby odkrył wszystkie karty, na dwa lata przed wyborami. Pytanie brzmi też, czy Marchewka będzie reprezentował akurat tę partię? Dekompozycja Platformy postępuje. Znany z liberalnych poglądów polityk, przez swój niewyparzony język, w poprzednich wyborach otrzymał gorszy okręg i mimo doskonałego wyniku nie wszedł do rady. Marchewka, podobnie jak Aleksandra Mrozek, obecna rzecznik prasowa Nowoczesnej i dyrektor biura poselskiego Pawła Pudłowskiego, nie pasowali do koncepcji, bo łączy ich niechęć wobec Kubickiego. Czy już wkrótce będą działać razem?

Sprzyja fortuna

Skoro mowa o prezydencie. Po kilku wpadkach, m.in. z wypłatą zaległych pieniędzy dla przedszkoli niepublicznych i konfliktach o wycinkę lasów, nie jest już pewny czwartej kadencji. I pewnie by ją przegrał, tylko, sęk w tym, że nie ma za bardzo z kim. Sprzyja mu też fortuna. W kolejnych dwóch latach do miasta popłynie unijna kasa, a Zielona Góra tę mannę z nieba doskonale potrafi spożytkować. Doczekamy się m.in. ponad 30 kilometrów ścieżek rowerowych na terenie byłej gminy, modernizacji placu przed Filharmonią Zielonogórską i placu Teatralnego, gdzie powstanie letnia scena, odnowienia parków i remontów dróg np. Bohaterów Westerplatte. Czy jednak polityka ciepłej wody w kranie i wielu inwestycji zostanie nagrodzona? Platforma też budowała drogi, a przegrała z PiS. Czasem o klęsce decydują niuanse, tzw. atmosfera społeczna, umiejętność rozwiązywania konfliktów. W Zielonej Górze wzmacniają się ruchy miejskie, nie mają wyraźnego lidera,  są rozproszone, ale łączy je chęć zmiany. I bez względu na to, jak dobrym prezydentem będzie Janusz Kubicki, już samo hasło zmiana, na niektórych wyborców może zadziałać ożywczo. Potencjalnym koalicjantem może być Nowoczesna, jej wadą są słabe struktury i brak rozpoznawalnych polityków, poza A. Mrozek i Pawłem Pudłowskim. Z poparciem prezydenta Nowej Soli Wadima Tyszkiewicza, może jednak sporo namieszać.

Co zrobi prawica?

Wielką niewiadomą jest PiS. W radzie ma doświadczonych i sprawnych radnych, ale jak mi powiedział wiceminister Jerzy Materna brakuje pomysłu na kolejną kampanię wyborczą i osoby, która pociągnęłaby listę. Jacek Budziński nie dostał odpowiedniego wsparcia i dlatego jego wynik, ok. 17 proc. troszkę rozczarował. Na kandydowanie ma ochotę Piotr Barczak, były wiceprezydent miasta. O tym, czy otrzyma  nominację zadecyduje m.in. układ sił pomiędzy północą i południem. Gorzów, prowadzony do boju przez minister Rafalską wygrywa, a Barczakowi jest bliżej do tej frakcji. O ile nic się nie zmieni, będzie poważnie brany pod uwagę.

Wróble ćwierkają

Lewica w mieście, to praktycznie tylko radny Tomasz Nesterowicz, który w radzie miasta, dzielnie broni przegranej sprawy. We własnej partii rzucane ma kłody pod nogi i wróble ćwierkają, że powalczy o prezydenturę z własnego komitetu.

Na swojego człowieka prawdopodobnie postawią też kukizowcy, wśród nich na plan pierwszy wysuwa się obecna w mediach i merytoryczna bizneswomen Olimpia Tomczyk-Iwko. Ostatniego słowa nie powiedzieli bezpartyjni samorządowcy. Ambicje polityczne zdradza choćby Jarosław Nieradka, dyrektor biura Organizacji Pracodawców Ziemi Lubuskiej.

Jedno jest pewne, w wyborach 2018 r. będzie obowiązywać stara maksyma – Wszyscy na jednego.

Salonowy lew na łowach

         W poniedziałek i we wtorek wróciłem na ulicę, a konkretnie na zielonogórski deptak, aby redakcyjni koledzy nie żartowali, że zrobiłem się lwem salonowym, który nie żyje problemami tzw. zwykłych ludzi, a spoufala się z osobami z pierwszych, drugich, a czasem trzecich stron gazet. Nastawiłem się pozytywnie, pomimo śpiącej pogody i wiatru w myśl zasady – złej baletnicy przeszkadza nawet rąbek u spódnicy. Temat wydawał się niewinny, pytałem zielonogórzan, czy ich zdaniem starówka przypomina trasę szybkiego ruchu z uwagi nad nadreprezentację samochodów. Zainspirował mnie radny Andrzej Brachmański, który poruszył tę kwestię na ostatniej radzie miasta. Już pierwsza próba dotarcia do miejscowej opinii publicznej spaliła na panewce, bo jedna z pań odburknęła zanim zdążyłem się przedstawić, że nie ma zamiaru nic ode mnie kupować. Kilku następnych rozmówców odpowiedziało na pytanie, ale nie zgodziło się na zdjęcie. Wreszcie udało mi się „złapać” dwie osoby i szczęśliwy pomyślałem, że zaraz kończę. Niespodziewanie pojawił się problem, a właściwie dwa. Pewna pani w wieku mocno średnim już na sam widok zeszytu i gościa z kitką trzymającego aparat odburknęła tonem nieznoszącym sprzeciwu „ Nie mam zamiaru z panem rozmawiać na żaden temat. Proszę stąd odejść”. Troszkę tylko zaskoczony oznajmiłem, że nie zdążyłem się jeszcze przedstawić.
– Nieważne – odpowiedziała dziarska pani w wieku mocno średnim. – Nie będę rozmawiać nic nie wiem na żaden temat. Żegnam.
Zwykle puszczałem takie uwagi mimo uszu, nie tym razem, przyznaje. – Widocznie jest pani bardzo ważną osobą skoro pani tak mówi.
– Nie jestem – usłyszałem. Pani odwróciła się na pięcie i tyle ją widziałem.
Po chwili pytanie o ruch na deptaku starałem się zadać pewnemu panu w wieku mocno średnim, ale ten nie był już tak wyrozumiały jak pani, od razu zaczął krzyczeć – Widziałem co pan wyprawia, przed chwilą kobietę pan zaczepił. Oświadczam, że jestem nieobliczalny i mogę użyć siły… – zakończył dziarskim głosem deptakowy dżentelmen.

Cóż, było robić odszedłem…Taka gmina….Wracam na „salony”.

cartoon-lion-and-hunter
Rafał Krzymiński